Fragment wspomnień Jadwigi Kupkowej

o Harcerskim Domu Dziecka w Starych Gliwicach, w latach 1946-1949


We wrześniu Komenda Chorągwi odwołała mnie z Bucza celem objęcia kierownictwa nad zorganizowaniem i urządzeniem w obiektach poniemieckich w Starych Gliwicach Harcerskiego Domu Dziecka i Harcerskiego Ośrodka Szkoleniowego. Z początkiem października pojechałam z instruktorkami zbadać obiekty z przynależnościami i zbadać warunki mojej przyszłej pracy. Upatrzone domy: jeden w stanie możliwym przy szosie o 11 pomieszczeniach i niewykończonym drugim piętrze. Drugi zupełnie splądrowany i wyszabrowany,jedna ruina i stosy śmiecia. Zdecydowałam się zostać i spróbować sił. Pierwszą wizytę złożyłam sołtysowi gromady, przedstawiając trudne problemy. Sołtys przydzielił mi do czasu formalnego przydziału wybranych przez Komendę obiektów jeden pokój dla mnie i cztery duże na cele szkoleniowe chorągwi. Z przydziałem uporałam się w niespełna dwa tygodnie, tak że gdy zawitał pierwszy kurs z druhną Zawadzianką, w ramach pracy społecznej uporządkowano budynek przeznaczony na ośrodek szkoleniowy. Razem z kursistkami przybyła zastępowa z II Drużyny im. Królowej Jadwigi z Rydułtów przeznaczona na pomoc dla Domu Dziecka. Ucieszyłam się bardzo na widok Magdy, bo sama jedna nie dałabym rady przy takim nawale pracy. A że Magda była łagodnego usposobienia, wesoła, sumienna, pracowita, uczciwa, współpraca układała nam się harmonijnie. Po uzgodnieniu zadecydowałyśmy, że sprawy w urzędach będę załatwiała ja, Magda będzie sporządzać posiłki, zaopiekuje się podczas mojej nieobecności moją córką i będzie doglądała spraw na miejscu. Wieczorami szyłyśmy mundurki dla Chorągwi Harcerzy żeby pokryć koszty wyżywienia. Z naszej Komendy Chorągwi od czasu do czasu dostałyśmy trochę suchego prowiantu. Gdy odbywały się kursy szkoleniowe, ja pełniłam obowiązki gospodyni, a Magda zaopatrzeniowca. W tym czasie byłyśmy na utrzymaniu kursu. Chciałam jeszcze podkreślić, że druhna Łucja Zawadzianka sprytem, zaradnością, nieugiętą wolą była dla organizującego się Harcerskiego Domu Dziecka wielką pomocą. Przy likwidacji restauracji poniemieckiej w Starych Gliwicach postarała się o przydział mebli na urządzenie jadalni i naczyń kuchennych na 40 osób. Był to ogromny krok naprzód w uposażeniu domu w tych ciężkich czasach. Sołtys, który okazywał nam wiele serca, polecił nam inwalidę wojennego, który za wikt zgodził się wykonywać łatwiejsze naprawy wokół obejścia.
W listopadzie przeprowadziłyśmy się do naszego Domu Dziecka. Piece, na szczęście nie były uszkodzone, a węgiel w piwnicy był, śmiecia, różnych szpargałów, papierów całe stosy, więc było czym palić. Zima się zbliżała, ziemia przynależna do naszego budynku leżała ugorem, trzeba było coś zadecydować. Magda podsunęła dobry pomysł. Na wsi koni nie dają, nie mamy pieniędzy, trzeba się zwrócić o pomoc do jednostki wojskowej, przedstawić nasze położenie. Zdobyła się na odwagę, poszła i załatwiła. Wypożyczono łagodnego konia i pług. Z Bożą pomocą zaorałyśmy pole. Było nierówno, ale jak na kobiety, które pierwszy raz miały lejce w ręku, poszło nieźle. Następnego dnia spad śnieg, nie wychodziłyśmy nigdzie. Sprzątałyśmy. Pod wieczór stanęła przed domem ciężarówka wojskowa. To komendantura jednostki wojskowej przysłała nam łóżka dla dziewczynek, prycze 2-osobowe na sprężynach dla chłopców i 2 szafy. Byłyśmy zaskoczone takim nieprzewidzianym darem i jeszcze zawiadomiono nas, że w razie potrzeby chętnie postawią wóz do naszej dyspozycji. Z mienia poniemieckiego przydzielono 2 komplety mebli, 1 sypialnię i 1 pokój gościnny. Następnie zwróciłam się o pomoc finansową do Komendy Chorągwi, a ta z kolei do wojewody śląskiego, Aleksandra Zawadzkiego. Otrzymałam 100 tysięcy złotych. Sprowadziłam firmę remontową i stolarzy. Doprowadzono do stanu używalności 2 ubikacje z łazienkami i 2 umywalnie, w każdej po 7 umywalek, założono piece. Mechanicy z firmy pracowali na dwie zmiany. Roboty wykonano w terminie i dobrze. Fundusz przyznany się wyczerpał, a jeszcze trzeba było wymalować obydwa budynki, sprawić wieszaki, wycieraczki i w Ośrodku Szkoleniowym przebudować parter, przebić ściany i z 4 pokoi sporządzić 2 sale (z wahadłowymi drzwiami). Przyznano mi więc jeszcze 20 tysięcy.
W listopadzie zawitał drugi kurs szkoleniowy, który prowadziła druhna Henia Zarodówna, ale jeszcze na starym miejscu. Uczestniczki tego kursu wykonały w ramach pracy społecznej dekoracje Ośrodka Szkoleniowego. W grudniu przybyły na Śląsk instruktorki z Łodzi.Komendantką tego zgrupowania była instruktorka Irena Lepalczyk, która dla Domu Dziecka ofiarowała mnóstwo pięknych zabawek. Przy wieczornych kominkach łodzianki prosiły o zapoznanie ich z obyczajami, ludźmi godnymi wspomnień i piosenkami tego regionu. Gwarą śląska były zachwycone i bardzo chciały, żebyśmy z Magdą się nią posługiwały. Mówiły, że słowa gwary naszej brzmią w ich uszach jak najpiękniejsze melodie piosenek, że jest bliska sercu, swoja, przytulna i staropolska. Musiałyśmy ich nauczyć paru piosenek ludowych i powstańczych. Gdy śpiewały "Już zachodzi czerwone słoneczko" albo "Tam od Odry, tam od Warty" miały łzy w oczach. Korespondencja między nami trwała dłuższy czas, a kończyły ją tymi słowami: "gorącemu sercu śląskiemu wyrazy serdecznej przyjaźni i pamięci ślą Promienie z Łodzi."
Pierwsze trzy miesiące 1946 r. zeszły nam na wykończaniu urządzeń, jak malowanie łóżek, przygotowanie sienników, wieszaków, znaczków. Z naszych zapracowanych pieniędzy jedną część przeznaczałyśmy na utrzymanie, a za resztę sprawiłyśmy 2 zmiany pościeli i firanki do sypialni. Pierze na jaśki dla dzieciaków odsprzedała nam tanio jedna z miejscowych harcerek. Wszystko już lśniło czystością. Na parterze urządziłyśmy pokój gościny, sypialnię dla chłopców, świetlicę – bawialnię, jadalnię,kuchnię, łazienkę z ubikacją i 1 umywalkę dla chłopców. Na pierwszym piętrze urządzono pokój chorych, magazyn odzieżowy, 2 sypialnie dla dziewcząt, pokój dla Magdy, 1 łazienkę z ubikacją i 1 umywalkę. Na drugim piętrze znalazł pomieszczenie magazn żywnościowy, pokoiki dla mojej rodziny i kancelaria. W piwnicy urządzono pralnię i suszarnię. W kwietniu do porządków w ogrodzie zgłosiły się harcerki z Chorzowa i Gliwic. Przekopały ziemię, przygotowały grządki na jarzynę, porobiły rabaty,myśmy posiały warzywa.
W maju zawitały harcerki z Głuchołazów, uporządkowały sad,wyplewiły chwasty i przygotowały boisko do gier. 3 morgi ziemi obsadziłam ziemniakami; 1 mórg zasadzono wczesną odmianą przeznaczoną na sprzedaż, 2 morgi na użytek zimowy dla Domu Dziecka. W sadzie na wiosnę było pięknie. Rosły drzewa owocowe nisie,krzaki malin, były kwiaty. Gdy z Magdą wieczorem odpoczywałyśmy, usłyszałyśmy trel słowika; więc nie jesteśmy same,słowik nam towarzyszy, jaśminy pachną, jest cudownie. Nareszcie po siedmiu miesiącach wytężonej pionierskiej pracy zgłosiłam w Komendzie Chorągwi, że „mieszkanie dla dzieciaków gotowe, prosimy o inspekcję i czekamy na przybycie”. Personel dobrałam sama i nie zawiodłam się. Były to osoby o gołębich sercach, sumienne i głęboko przywiązane do dzieci. Obowiązki wychowawczyni objęła Wikcia Walówna, spokojna, zrównoważona, pracowita, zupełnie i całkowicie oddana sprawie. Magda służyła pomocą wychowawczyni i dalej była zaopatrzeniowcem. Agnieszka Deńczykówna, harcerka z III Drużyny z Radoszów przyjęła obowiązki gospodyni, z których wywiązywała się znakomicie, w kuchni było zawsze czyściutko, posiłki urozmaicone i smaczne. A sprzątaczką została miejscowa kobieta, która też sumiennie wywiązywała się ze swojej służby. Ja pełniłam obowiązki kierowniczki Harcerskiego Domu Dziecka i administratorki Ośrodka Szkoleniowego. Od 15.10 1945 r. do 7.06. 1946 r. pracowałyśmy z Magdą bezpłatne. 7 czerwca przysłało nam Pogotowie Opiekuńcze pierwszą grupę dzieci w liczbie 14 osób z Bytomia, następna grupka została przyjęta od SS. Notre Dame z Gliwic, inne odebrałam z punktu rozdzielczego z Koźla. Były to dzieci wywiezione przez okupanta do Rzeszy. Jedną dziewczynkę dostałam z ZSRR z Czelabińska. Pięcioro dzieci przyjęłam z Warszawy, tak że liczba przebywających dzieci wahała się między 32 – 36 osób + 2 moje córki i 5 osób personelu. Dzieci bardzo prędko zżyły się i tworzyły jedną zgodną rodzinę. Ze szkoły wracały całą gromadą, po drodze zabierały młodsze dzieci z przedszkola. Każde starsze dziecko opiekowało się młodszym, rozpiętość wieku wahała się między 2-16 lat. Do obowiązków siostrzanej pomocy należało: zasłać łóżko, ubranie, uczesanie, przyszycie guzika. Starsi chłopcy czyścili buty dziewczynkom, aby nauczyli się szacunku dla kobiet. Od maja do września, gdy dopisywała pogoda, dzieci starsze z personelem pracowały jedną godzinę w ogrodzie. W lipcu i sierpniu nasze pociechy wyjeżdżały na kolonie albo obozy harcerskie. Wszelkie opłaty pokrywały zapraszające je drużyny lub hufce. Za oszczędności sprawiałam dzieciom zimową zapasową odzież. Z wakacji wracały zadowolone,opalone, wypoczęte, wzbogacone urokiem ciekawych zakątków naszej ojczyzny. Opowiadaniom nie było końca, a były spostrzeżenia ciekawe i zajmujące. Dzieci nauczyły się dużo ciekawych rzeczy, które podbudowały ich wiadomości. Nauczyły się współżyć w licznej gromadzie, zawiązywać znajomości itd. W zimie przed gwiazdką przyjeżdżały hufce z bliska i daleka z prezentami przez siebie wykonanymi dla naszych mieszkańców. Jeden z hufców sprawił dla nas bibliotekę w liczbie 220 książek, był to wspaniały i bardzo przydatny prezent w tych tak ciężkich czasach. Przyjechały też harcerki z Francji na kurs do Polski. Musiała do nich dotrzeć wiadomość o nas, bo dla każdego dziecka przywiozły sweterek, grube rękawiczki, szal i czapkę. Kierowniczka szkoły z Długomostów przysłała sporo naczyń kuchennych. Hufiec harcerzy z Gliwic urządzał dla naszych dzieci każdego roku świętego Mikołaja, obdarowując je słodyczami i drobnymi upominkami. Hufiec Chorzów przyjeżdżał z przedstawieniem jasełek. Z wielką też radością dzieci czekały na przyjazdy kursów szkoleniowych. Mogły wieczory spędzać przy kominkach harcerskich. Muszę też podkreślić, że pozostałości z zapasów żywnościowych obozów czy kolonii przeznaczano dla domu dziecka, dlatego też magazyn żywnościowy nie świecił u nas pustką. Hodowano też każdego roku dwa wieprzki, które wzbogacały nasz magazyn w tłuszcze i mięso. Ziemniaki, jarzynę, owoce też były własne, Wszystkie te zdobycze, to wysiłek i praca naszych rąk. Posiłki u nas były obfite, smaczne i urozmaicone. Dysponowano też innymi oszczędnościami. Każda z nas przyjęła dodatkową pracę w ramach pracy społecznej. Magda była z zawodu fryzjerką, więc nas strzyżenie dzieci nie kosztowało. Szyciem bielizny i ubranek zajęłam się ja; księgowość, magazyn żywnościowy, po powrocie z frontu objął mój mąż, wychowawczyni przyjęła służbę samarytańską, a Agnieszka z kuchni zajęła się trzodą chlewną. Nasz sąsiad, który był z zawodu szewcem, naprawiał obuwie za grosze. Nie pokrywałam też nigdy wstępów na różne imprezy czy wyjazdy dla dzieci. Pisałam zawsze prośbę, że dzieci z domu dziecka są pokrzywdzone przez losy drugiej wojny światowej, a też chciałyby uczestniczyć w rozrywkach, lecz nie dysponują dodatkowym funduszem na ten cel. Moja prośba nigdy nie została bez skutku, nie spotkałam się ani jeden raz z odmową. Dzieci zawsze były z opłat zwalniane. Nie było też z dziećmi większego kłopotu. Dobra to była gromadka, stawiana przez wieś za wzór. Pochodziły z różnych stron, mogło być różnie, ale uważam, że przeżyte smutne i tragiczne chwile zespoliły je i uszlachetniły charaktery. My, personel starszy wiekiem i doświadczeniem, rozumiejąc ich bolesne dzieciństwo, okazywaliśmy im dużo uczucia. Zajęcia w ciągu dnia były tak rozplanowane, że dzieci nie były przepracowane, nie miały też czasu oddawać się smutnym nastrojom, no i broić.
Dużo radości sprawiała dzieciom tradycyjny „zajączek” i wieczerza wigilijna z choinką. Starsi wiekiem wychowankowie sięgali pamięcią do przeżywanych zwyczajów domu rodzinnego, a że pochodzili z różnych stron Polski, opowiadania były ciekawe i bogate. Stół wigilijny przygotowany był zwyczajem tutejszym, śląskim, a więc nakryty białym obrusem, na środku stał krzyż, pod obrusem siano. Wieczerzę spożywano, gdy zaświeciła pierwsza gwiazdka. Jadłospis składał się z następujących potraw: był barszcz z grzybami, ryba smażona, kartofle, surówka z kiszonej kapusty, makówki, ryż na gęsto z masłem, cukrem i cynamonem, kompot z suszonych śliwek. Po wieczerzy każde dziecko miało przygotowany talerz z łakociami, a pod choinką – prezenty. Gdy dzieci nacieszyły się wszystkim, siadaliśmy przy choince, śpiewając kolędy.
Uroczyście też obchodziliśmy święta narodowe. W zimowe długie wieczory urządzaliśmy uroczyste akademie, poświęcając je naszym wieszczom narodowym, powstaniom, morzu. Nie zapomniano też o obyczajach i obrzędowości. Do tych zaliczam: przywitanie wiosny, topienie Marzanny, pieczenia ziemniaków ze śledziem, itp. W każdym razie te krótkie chwile wzbogacały naszą wiedzę, uczyły, przypominały i utrwalały się w pamięci.
Regulamin dnia był u nas następujący: pobudka, gimnastyka, mycie, sprzątanie i ubieranie się, modlitwa, śniadanie, zajęcia w szkole, młodsze - w przedszkolu, małe dzieci zostawały w domu i bawiły się pod opieką. [Po powrocie ze szkoły:] Mycie rąk, o godzinie 13 obiad, cisza poobiednia, w porze letniej odpoczywały w ogrodzie lub na łące od lasem, w zimie w sypialniach. Następnie zajęcia na terenie domu, w lecie pomoc w ogrodzie,w zimie naprawa i cerowanie bielizny, pościeli, ubrań, prasowanie, szycie, haftowanie itp. Następnie odrabianie lekcji, zabawy, śpiew, gruntowne mycie (w środę i sobotę kąpiel), kolacja, modlitwa i pożegnanie dnia pieśnią „Wszystkie nasze dzienne sprawy” albo „Grzeszni, senni, zapomniani”. Młodsze dzieci kładziono na spoczynek o godzinie 20, zasypiały przy opowiadaniu bajek, co należało do mojego obowiązku, przynajmniej w ten sposób chciałam im zastąpić matkę, która zawsze na dobranoc znalazł czas na trochę pieszczot i miłe słówko, one niestety były tego pozbawione. Starsze natomiast mogły czas spędzić dowolnie do godziny 21 ale spokojnie, bez kontroli wychowawczyni, wykorzystywały ten wolny czas na czytanie literatury, dyskusje, gry. Zorganizowano też świetlicę z dożywianiem dla wsi, poświęcając czas na robótki ręczne i naukę pieśni. Tak samo powołano do życia drużynę harcerską im. T. Kościuszki, ale program zbiórek przybrał inną formę od przedwojennych. Tu młodzież sięgała do dziedzin wiedzy praktycznej, która w życiu będzie im przydatna, bo większa liczba wychowanków będzie zmuszona samotnie iść przez życie, bez pomocy i wskazówek najbliższych. Taki los zgotowała im druga wojna światowa – sieroctwo.
W maju [harcerki] zbierały i suszyły zioła, kompletowały apteczkę domową, szyły bandaże, przygotowano je do niesienia pomocy e nagłych wypadkach. Szyły pościel, obrębiały ręczniki, ścierki, prały bieliznę, prasowały, składały bieliznę, nakrywały do przyjęć, przeprowadzały generalne porządki, konserwowały owoce, pisały podania, zaproszenia. Zbiórki trwały 1,30 godz. Jedną godzinę przeznaczano na pracę, 30 minut na gry i zabawy. I tak uciekały bezpowrotnie jedne z najmilszych chwil w Domu Dziecka. Były też inspekcje i wizytacje, dwa razy odwiedził nas gen. Aleksander Zawadzki z Jerzym Ziętkiem, przedstawiciel Ministerstwa Oświaty, Naczelniczka Głównej Kwatery Harcerek, instruktorka Komendy Chorągwi itd. Był przegląd ksiąg, kasy, magazynu żywnościowego, planu pracy i dzieci. Przy tych wszystkich niespodziankach raz tylko zwrócono mi uwagę, dlaczego magazyn żywnościowy nie jest zamknięty. Wytłumaczyłam, że to nie przeoczenie, tylko rzecz normalna, darzę personel i wychowanków zaufaniem. Delegat Ministerstwa Oświaty ze zdziwieniem powiedział: kontroluję 63. dom dziecka, ale tego, co tu zauważyłem, nie spotkałem nigdzie. Prosił o szczegóły, jaką drogą doszłam do tego niespotykanego wyniku,wśród tego zbiorowiska dzieci o różnych charakterach. Tłumaczyłam, że nie stosuje się u nas kar cielesnych, tylko w razie czegoś nieodpowiedniego grzecznie na osobności się tłumaczy. Nie stosowało się specjalnych wyróżnień, kto jest lepszy, zdolniejszy, ładniejszy. Wszystkich traktowano jednakowo, i to była nasza broń, którą pokonano wszystkie przeszkody. Zdaje mi się, że ta metoda dała rezultaty. W każdą sobotę po zajęciach odbywały się narady; personel się wypowiadał, jakie widzi jeszcze braki, wspólnie uzgadnialiśmy metodę likwidowania trudności. W czasie istnienia naszego Domu Dziecka była urządzona wystawa prac dzieci. Nasze dzieci zajęły czołowe miejsca, skomponowały piękne rzeczy na wystawę. Przedmioty były efektowne i solidnie wykonane.
A że wszystko dobre ma swój kres, tak i nasz zakład zamknięto, a dzieci dołączono do Domu Dziecka w Jaworzu. Rozpacz była wielka, dzieci płakały i pisały smutne listy. Ja ze swej strony obiecałam im, że według kolejności abecadła będę poszukiwała ich rodzin, co też planowo uskuteczniłam.
[...]